Gruzińska Droga Wojenna

Próbowałem otworzyć oczy. Przychodziło mi to z wielkim trudem. Powieki zachowywały się jak wielkie stalowe zasłony chroniące mnie przed światem zewnętrznym.
Podświadomie wiedziałem, że jest to najwyższy czas na rozpoczęcie kolejnego dnia będącego częścią wielkiej przygody w Gruzji.
Trudny minionych dni dawały we znaki, a organizm na wszelkie możliwe sposoby domagał się odpoczynku.
Mimowolnie już wiedziałem, że będę miał przy wstawaniu problemy logistyczne – nie będzie mi się chciało ruszyć d…. .
Ciemnoskóry współlokator z Nigerii musiał wcześnie rano opuścić pokój. Pozostawił po sobie ładnie zasłane łóżko i zniknął skoro świt ze swoim dobytkiem.
Gdy leżałem jeszcze na górnej „koi” dwupoziomowego łóżka zaczęła wracać świadomość i mój umysł zapoczątkował procedury startowe, wdrażające do rozpoczęcia dnia.
Wczoraj w drodze powrotnej z uniwersytetu gdzie pożegnaliśmy część grupy wracającej do Polski, nawiązałem rozmowę z kierowcą taksówki i zapytałem się czy nie zawiózłby nas szlakiem Gruzińskiej Drogi Wojennej na której znajduje się góra Kazbeg.

Gruzińska Droga Wojenna – główny szlak przechodzący w poprzek Wielkiego Kaukazu. Biegnie z Tbilisi (w Gruzji) do Władykaukazu (w Osetii Północnej) łącząc regiony Południowego i Północnego Kaukazu. Gruzińska Droga Wojenna ma długość 208 km a w najwyższym punkcie, tj. na Przełęczy Krzyżowej wznosi się na wysokość 2379 m n.p.m.

Szlak dobrze znany był już w starożytności. Od początku wykorzystywały go armie (np. rzymskie, perskie, mongolskie), kupcy a nawet całe ludy wędrujące między Azją i Europą. W czasach gruzińskiej monarchii szlak ten był mocno ufortyfikowany i najczęściej podległy bezpośrednio królom.

Obecna nazwa wiąże się z dziewiętnastowieczną modernizacją, która zwiększyła znaczenie militarne szlaku. Wówczas władze rosyjskie poszerzyły i wzmocniły istniejącą drogę, co pozwoliło na szybki przerzut dużych oddziałów w czasie wojny z północnokaukaskimi góralami w Czeczenii i Dagestanie.

Wzdłuż Gruzińskiej Drogi Wojennej zachowało się wiele zabytkowych świątyń i budowli obronnych, które w połączeniu z malowniczym krajobrazem stanowią wielką atrakcję turystyczną. Do największych atrakcji leżących wzdłuż tej trasy należą:twierdza Ananuri, ośrodek narciarstwa w Gudauri, kościół Cminda Sameba – Gergeti (Świętej Trójcy), góra Kazbek, Wąwóz Darialski.

Zgodził się bez większego problemu i ustaliliśmy cenę na 120 lari. Cenę już mniej więcej znałem, ponieważ w hostelu spotkaliśmy grupę Polaków która zapłaciła za taką przyjemność 150 lari a my przecież nie będziemy bardziej rozrzutni od nich .
Godzina na którą umówiliśmy się to 10:30. Zadzwoniłem do naszego kierowcy około 10:15 aby potwierdzić spotkanie na co odpowiedział że możemy ruszać za 2-3 godziny.
W tym momencie już wiedziałem, że mam do czynienia z gruzińskiem GMT ( Georgia Maybe Time). Po drobnej wymianie zdań nasz taksówkarz potwierdził swój przyjazd zgodnie z planem i o dziwo był z niewielkim opóźnieniem, co nas trochę pozytywnie zdziwiło.
Jedziemy, zmęczeni ale w optymistycznych nastrojach w oczekiwaniu nowych wrażeń.

 

Przed nami roztaczają się piękne górskie widoki, zbiornik wodny utworzony specjalnie dla elektrowni wodnej. Z opowieści kierowcy aby powstał zbiornik wodny zostały zatopione wioski i czasem przy niskim stanie wody można zobaczyć wieże cerkwi i dachy domów. Od razu pomyślałem o nurkowaniu. Odcień wody jest koloru turkusowego, zachęcający do eksploracji oraz zanurzenia się w toni. Na wzniesieniu jakie wyrastało z brzegu jeziora góruje nad okolicą twierdza Annauri, której wejścia chroniły nieliczne kramiki z kobietami próbującymi sprzedać nam różne pamiątki. Na dziedzińcu zamku grasowała wycieczka dzieci w wieku szkolnym, mówiących w języku rosyjskim. Z dziedzińca jest zejście do „lochu” mające szerokość barków dorosłego mężczyzny. Zapytałem jedną z nauczycielek o celowość tej piwniczki. Pani nauczycielka życzliwie poinformowała, że o ile dobrze zrozumiała po gruzińsku, piwniczka wykorzystywana była jako więzienie. W Gruzji pomimo że to niewielki kraj, spotykałem ludzi nie mówiących po gruzińsku a tylko w języku rosyjskim lub też na odwrót. Zdarzały się również dziwne indywidua z Polski po 15 dniach pobytu w Gruzji.

 

Można się zmienić na Kaukazie, można

Kaukzkie dzieci rodem z Polski

Piętnasty dzień w Gruzji można się zmienić, można

 

Nasza droga zmierzała w wysoki Kaukaz. Po drodze minęliśmy kurort Gudauri, który zima tętni narciarskim życiem goszcząc turystów z całego świata.

YouTube Preview Image

Po paru kilometrach asfalt zmienił się w pełną dziur i nierówności szutrową drogę, którą przemierzały zasapane tiry oraz, w olbrzymiej większości na rosyjskich numerach rejestracyjnych, samochody osobowe. Wszystkie zmierzały  do jedynego w okolicy przejścia drogowego pomiędzy Gruzją i Rosją. Aż żal się robiło widząc jak kierowca osobowego Porshe na moskiewskich numerach próbuje ominąć nierówności wpadając raz za razem w różnej wielkości dziury.

Porshe na Kaukazie

 

 

 

 

 

 

 

Po 20 km takiej jazdy, naszym oczom ukazał się Kazbeg – najwyższa góra Kaukazu.

Kazbeg

 

Góra Kazbek (gruz.: მყინვარწვერი, Mkinwarcweri — Lodowy Szczyt; ros. Казбек, Kazbek; oset.: Сæна, Хъазыбег, Чырыстийы цъупп), jeden z najwyższych szczytów Kaukazu na granicy Gruzji z Rosją (Republika Północną Osetią-Alanią) o wysokości 5033,8 m n.p.m., położony we wschodniej części centralnego Kaukazu.

Kazbek leży w Paśmie Bocznym Wielkiego Kaukazu, podobnie jak Elbrus (5642 m n.p.m.) oraz Tebulosmta (4492 m n.p.m.). Jest drzemiącym wulkanem zbudowanym z law trachitowych. Ostatnie erupcje miały miejsce około 6 tys. lat temu. Pozostałością działalności wulkanicznej są dziś wyziewy gorących gazów na północnych stokach góry (solfatary). Przypuszczalnie, zerwanie się Lodowca Kołka w 2002 r. było spowodowane przez wyrzut znacznych ilości tego typu gorących gazów bogatych w związki siarki. Ze stoków Kazbeka spływają liczne lodowce o łącznej powierzchni 135 km². Po stronie gruzińskiej znajduje się lodowiec Gergeti, zwany również Ordzweri.

Około 10 kilometrów na wschód od szczytu biegnie Gruzińska Droga Wojenna oraz leży miasto Stepancminda (do niedawna: Kazbegi). Na południowych stokach gór znajduje się dawna stacja meteorologiczna, która w sezonie letnim pełni rolę komercyjnego schroniska dla alpinistów. Droga do stacji wiedzie przez lodowiec Gergeti i niesie ze sobą zagrożenie szczelinami.

Pierwszego wejścia dokonali w 1868 roku D. W. Freshfield, A. W. Moore, i C. Tucker. Sezon wspinaczkowy trwa od maja lub czerwca do pierwszej połowy października. Z uwagi na znaczne nachylenie stoków (nawet do 60 stopni) Kazbek jest górą znacznie trudniejszą niż popularny Elbrus. W lutym 2006 na Kazbeku zginęli dwaj polscy księża-alpiniści, Dariusz Sańko i Szymon Klimaszewski.

Jak wyczytałem w jednym z przewodników, niewielkie przesunięcie granicy geograficznej pomiędzy Europą i Azją i mielibyśmy tutaj najwyższy pięciotysięcznik w Europie. U podnóża Kazbegu znajduje się niewielka miejscowość Kazbegi (Stepancminda), do której szczęśliwie dotarliśmy. Po trudach drogi, zgłodniali trafiliśmy do pobliskiego baru na obiad, zapraszając naszego kierowce. Ten ostani gorąco polecał miejscowe khinkali ze względu na region z którego miała się wywodzić ta smaczna potrawa. Chyba trochę pomyliły mu się regiony ponieważ dostałem coś co bardziej przypominało mi pierogi z serem niż khinkali, ale nie ma co wybrzydzać. [Tak to jest jak się zamawia khinkali z serem a nie z mięsem – moje były bardzo smaczne. przyp. W.] Obiad jaki zafundowaliśmy kierowcy musiał na niego pozytywnie wpłynąć bo przestał być gburowaty jak zachowywał się na początku. Pewnie miał nam za złe, że nie wyspał się właściwie po nocnej pracy.
Z pełnymi żołądkami zabraliśmy się na zwiedzanie miejscowości. Nasz taksówkarz nieoczekiwanie zaproponował nam, że pokaże ciekawe miejsce znajdujące się gdzieś niedaleko. I całe szczęście, bo w tym miasteczku niewiele jest do zobaczenia.

YouTube Preview Image

W trakcie dalszej drogi w kierunku granicy szczyty stawały się coraz wyższe i bardziej srogie. Czuć było potęgę natury w każdym nawisie oraz każdym kamieniu. Przyroda pokazywała nam jacy jesteśmy mali i bezbronni przy jej majestyczności. Góry jakie widziałem zapierały dech w piersiach i powalały na kolana.

Dojechaliśmy do monastyru znajdującego się przy samym przejściu granicznym w Wąwozie Darialskim zwanego również  wrotami Iberii. Nad nim górowała będąca w budowie siedziba gruzińskiego prezydenta nazywanego przez rodaków Miszą. Monastyr był nową budowlą wewnątrz której niczym wartownik przy kramiku z pamiątkami, krzątał się mnich ubrany w wojskową kurtkę w barwach kamuflujących. Jak powiedział nasz kierowca „w okalających górach to już chodzą jedynie psy, pogranicznicy i snajperzy”. Pewnie dobrze o tym wiedział, ponieważ spędził tutaj dwa tygodnie przed wyjazdem na turnee po Europie z cerkiewnym chórem.

Świeciło piękne słońce gdy w ciągu chwili nadciągneły chmury i rozpadał się deszcz. Skrzętnie uciekliśmy z nie sprzyjających warunków pogodowych do naszego samochodu i rozpoczeliśmy drogę powrotną. Pogoda zmieniła się ponownie na piękne słoneczko już po niespełna paru kilometrach. Droga powrotna minęła nam szybko, podziwialiśmy już nie zachmurzone szczyty Kaukazu.

YouTube Preview Image   YouTube Preview Image

Temperatura z kilkunastu stopni zaczeła rosnąć do trzydziestu paru, co było wiadomym znakiem że zbliżamy się do miejsca naszego noclegu – Tibilisi.
Po kolacji i paru litrach wina cała nasza wyprawa udała się na zasłużony wypoczynek.

Zapraszam do obejrzenia galerii przepięknych zdjęć zrobionych przez Weronikę

Galeria

Skarby Gruzji w ostatnim dniu pobytu

Dzień rozpoczął się wielkim rozgardiaszem. Część ekspedycji tego dnia wracała do Polski. Po spakowaniu rzeczy z hostelu Walker, mieszczącego się w najlepszej lokalizacji w Tibilisi, ruszyliśmy na śniadanie.

Sałatka z kurczaka za 6,5 lari (około 13 zł) trzeba wiedzieć co się zamawia :)

Śniadanie w Tibilisi Gruzja

W trakcie śniadania Magda odebrała telefon od Christin, z informacją, że jest problem z busem i musimy dotrzeć we własnym zakresie do Uniwersytetu. Na miejscu czekał już na nas bus oraz nasza ekipa geofizyków na czele z prof. Krzysztofem Misiewiczem. Wspólnie ruszyliśmy do Muzeum Narodowego w Tibilisi. Naszym oczom ukazały się piękne zabytki ziemi gruzińskiej. Przepiękne kolczyki, przewieszki, diademy i inne wspaniałości. Byliśmy zachwyceni pięknem przedmiotów z przed tysięcy lat oraz pełni podziwu dla ich twórców.

Christin zabrała nas następnie do Mtskheta byłej stolicy króla Iberii i jak wiadomo królowej Tamary ale o tym później.

Wracając do  Mtskheta była areną najważniejszych wydarzeń w historii Gruzji i Gruzinów. Z tym miastem wiążą się początki gruzińskiego państwa. Właśnie w Mtskheta Gruzini przyjęli chrzest. Świadectwem minionych dziejów są monumentalne świątynie i klasztory, warownie oraz grobowce gruzińskich monarchów. Mtskheta to starożytna stolica Gruzji, która dziś jest kulturową stolicą Gruzinów i „miastem-muzeum”.

Wracając do królowej Tamary ( Christin mówiła na nią król gdy Weronika poprawiła nazewnictwo na królową, Christina spojrzała na nią mocno zdziwionym wzrokiem – Tamara musiała być nadzwyczaj interesującą kobietą swoich czasów) była ona twórcą złotego wieku w historii Gruzji.

Podając za wikipedią:

Na panowanie prawnuczki Dawida Budowniczego – królowej Tamary (1184–1213) przypadł okres największej potęgi Gruzji w całej jej historii. W latach 1194–1204 gruzińskie wojska odparły kilka tureckich ataków z południa i południowego wschodu, a następnie weszły do zajmowanej dotąd przez Turków południowej Armenii. W konsekwencji tego duża część tego kraju (w tym m.in. Karin, Erzincan i Wan) została protektoratem gruzińskim, zarządzanym przez lokalnych (tureckich) emirów.

Po zdobyciu Konstantynopola przez uczestników IV Krucjaty i likwidacji cesarstwa bizantyjskiego w 1204 r., Tamara zorganizowała wyprawę wojenną i zajęła byłe bizantyjskie prowincje Lazona i Pariadria, z których po gruzińskim podboju zorganizowane zostało w 1205 r. Cesarstwo Trapezunckie; pierwszym jego cesarzem został krewniak gruzińskiej królowej Aleksy I Wielki Komnen. Przez cały okres swego istnienia, tj. przez ponad 200 lat Cesarstwo Trapezunckie było zależne od Gruzji.
W 1210 r. Gruzja zaatakowała północną Persję, (obszar dzisiejszego Azerbejdżanu Irańskiego) i zdobyła wiele miast, w tym Marand, Ardabil, Tebriz, Zandżan i Kazwin. Część podbitych ziem przekształcona została w gruziński protektorat; w wyniku wojny z 1210 r. Gruzja osiągnęła największy w swej historii zasięg terytorialny. Oficjalny tytuł Tamary oznaczał: „Królowa Abchazów, Kartwelów, Ranów, Kachów i Ormian, szachini Szyrwanu i szachinszachini, suweren Wschodu i Zachodu”. „

Widzieliśmy wiele zachwycających zabytków: cerkiew, tron króla Iberii, zamek królewski i wiele innych godnych pozazdroszczenia świadków historii Gruzji.

Filmik z wnętrza cerkwi

YouTube Preview Image

 

W drodze powrotnej zwiedziliśmy grób chrześcijański z przed prawie dwóch tysięcy lat. Jest on w doskonale zachowanym stanie. W pobliżu znajdują się również termy rzymskie w malowniczo położonym miejscu z którego roztacza się przepiękny widok na okolicę.

Po powrocie do Uniwersytetu prof. Licheli zaprosił nas na pożegnalną gościnę w jego gabinecie. Po wielu toastach część wyprawy udała się na lotnisko a dalej w drogę powrotną do Polski.

 

Dmanisi niezwykłą przygodą w spotkaniu z praczłowiekiem

 

Dzisiaj zaplanowaną mamy wizytę w Muzeum Archeologicznym w Dmanaisi . Po szybkim śniadaniu w pobliskiej restauracji dwiema taksówkami udaliśmy się do Uniwersytetu na spotkanie z Christine, asystentką prof. Licheliego, gdzie czekał już na nas bus. Dobry stary post radziecki sprzęt jeżdzący :)

Unochod post sowiecki

Skierowaliśmy się na początku do banku w którym Anika mogła odebrać swoją kartę do bankomatu (pożartą przez bankomat w dniu przylotu), lecz można było ją odebrać jedynie po okazaniu paszportu, którego w tym momencie nie posiadała. Siłą rzeczy sprawa musiała zostać załatwiona w dniu następnym. Następnie naszym pojazdem udaliśmy się w dalszą podróż.Po dotarciu do Damanisi zwiedziliśmy monastyr z XI w.

Cerkiew DmanisiCerkiew w GruzjiWnetrze cerkwiŚwięty ŁukaszEkspedycja

Łukasz robi zdjęcia w Gruzji

 

Następnie muzeum znajdującym się przy stanowisku archeologicznym, gdzie znaleziono jedne z najstarszych szczątków ludzkich datowane na około 1,8 miliona lat. Rekonstrukcja pozwoliła na odtworzenie ich  wyglądu.

Homo erectusHomonidaHomonid czaszkaSzczątki z epoki żelaza

Ponieważ nieco wcześniej, w warstwie znajdującej się powyżej aktualnych wykopalisk, czyli młodszej, odkopano szczątki  homo erectusa, naukowcy podejrzewają, że kości można przypisać istotom z tego gatunku lub ich
bezpośrednim przodkom. Odkrycia z Dmanisi mogą okazać się przełomowe, gdyż najstarsze ślady obecności  homo erectusa w Afryce pochodzą sprzed 1,78 –1,65 mi-liona lat (Lordkipanize i Ferring – prowadzili zespół badający stanowisko – twierdzą, że ta druga data jest bardziej wiarygodna). A więc jeśli rzeczywiście homo erectus pojawił się na afrykańskich sawannach zaledwie 1,65 miliona lat temu, musiał wyewoluować wcześniej, właśnie na terenie Gruzji. To z kolei podważa wszystko, co do tej pory napisano na temat ewolucji rodzaju ludzkiego. W świetle nowej teorii dzieje ludzkości mogły wyglądać następująco. Około dwóch milionów lat temu na tereny Gruzji przybyli niezidentyfikowani przedstawiciele rodzaju  Australopithecus, krewniacy słynnej Lucy z etiopskiej Hadar, której szczątki znaleziono w 1974 roku. Były to zapewne niewielkie istoty o mózgu pojemności około 500 cm sześc. Z wyglądu bardziej przypominały małpy niż ludzi. Właśnie one dały początek nowemu gatunkowi hominida, którego pierwsze kości Lordkipanize znalazł w Dmanisi w latach 1999–2001. Hominid żył mniej więcej 1,85 miliona lat temu. Wielkość mózgu tej istoty (600 –775 cm sześc.) plasowała go dość blisko australopiteków, podobnie zresztą jak masywna szczęka i niewielki wzrost – ok. 1,5 metra. Budowa szkieletu wskazywała jednak, że  homo georgicus musiał być niezłym piechurem. Uważa się, że że to właśnie on był bezpośrednim przodkiem homo erectusa lub jego pierwszą, prymitywną jeszcze „wersją”, która dała początek „prawdziwemu”  homo erectusowi  (mózg poj. około 900–1100 cm sześc.). Teoria gruzińskiego pochodzenia tego gatunku tłumaczy dość szybkie rozprzestrzenienie się homo erectusa na terenie Azji. Uczonych zawsze dziwiło bowiem, jak istoty, które wyewoluowały gdzieś we wschodniej Afryce ok. 1,8–1,7 miliona lat temu, już 1,7 miliona lat temu mogły pojawić się w Chinach i dotrzeć na Jawę sto tysięcy lat później. gruziński  homo erectus ruszył na zachód i dalej na południe w kierunku wschodniej Afryki. Tam właśnie znaleziono najstarsze afrykańskie szczątki przedstawicieli tego gatunku, jak na przykład chłopca sprzed 1,6-1,5 miliona lat odkopanego nad jeziorem Turkana w Kenii. Kontrowersyjna teoria opisana w „Proceedings of the National Academy of Sciences” wywołała spore zamieszanie w świecie naukowym, ponieważ homo erectus ma podstawowe znaczenie dla ewolucji rodzaju ludzkiego. Był pierwszym gatunkiem, który możemy w pełni określić mianem człowieka. Wiele wskazuje, że budował tratwy i nosił ubranie.  Wiadomo też, że jego potomkami byli neandertalczycy i nasi bezpośredni przodkowie – pierwsi homo sapiens. Dmanisi jest więc obecnie najważniejszym paleoantropologicznym stanowiskiem wykopaliskowym na świecie.

Gruzja Muzeum w Dmanisi

Stanowisko archeologiczne jest niezwykle interesujące ze względu na istniejące w tym miejscu znaleziska niemalże ze wszystkich epok. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze Muzeum Archeologiczne oraz cerkiew z VI w i szczęśliwie dotarliśmy do miejsca zakwaterowania.

Wieczorny spacer po mieście oraz wjazd kolejką linową był niezwykle intrygujący. Szczególnie widok z Fortu Nanikala okazał się wspaniałym zakończeniem całego wieczoru. Oświetlony most na którym specjalnie przemyślana gra świateł, podświetlony Pałac Prezydencki oraz cerkiew stojąca na wyniosłości  były wspaniałym dopełnieniem znakomitej panoramy Tibilisi. Mieliśmy szczęście ponieważ kolejkę linową, którą wjechaliśmy na wzgórze oddano do użytku dopiero dwa miesiące wcześniej.

 

Po pełnym dniu wrażeń udaliśmy się na zasłużony wypoczynek do naszego hostelu.

Gamardzioba Tbilisi!

Poranek był pełen pożegnań i serdeczności, które dopełniły ostatnią suprę, czyli uroczystą kolację, jaką urządzili nam gospodarze poprzedniego wieczoru. Ciężko nam było opuszczać naszą bazę archeologiczną, przez te 10 dni zdążyliśmy się już zżyć z tym miejscem oraz ludźmi. Ale komu w drogę…Podzieleni na dwie grupy, wyruszyliśmy w stronę Tbilisi. Po drodze zatrzymaliśmy się na  szybki przegląd imponującego zbioru malutkiego muzeum. Wśród prezentowanych artefaktów znalazły się m.in. wędzidło achemenidzkie, srebrne monety Kommodusa oraz grecki hełm. Kolejnym przystankiem było stanowisko archeologiczne, na którym prof. Licheli prowadzi badania. Mimo swojego niepozornego wyglądu, okazuje się, że znajdowane są tam zabytki od czasów hominidów do średniowiecza. Ok. 18 dotarliśmy wreszcie do gruzińskiej stolicy. Najpierw odwiedziliśmy Instytut Archeologii, którym kieruje nasz gospodarz. Zostawiliśmy tam sprzęt nurkowy na przechowanie, co ułatwi nam zwiedzanie Tbilisi i okolic. Z okazji zbliżającej się konferencji, profesor udzielał wywiadu, a nas zaprosił do instytutowej pracowni konserwatorskiej. Naszym archeologicznym oczom ukazały się takie skarby, które mogliśmy wcześniej oglądać w książkach lub w najlepszym wypadku w muzeach. Brązowe sztylety, fibule, bransolety, naramienniki i inne ozdoby, morze ceramiki, w tym grecka czarnofigurowa, różnego rodzaju krzemienie. Czuliśmy się jak „dzieci wpuszczone do fabryki cukierków!” (Magda). Niesamowite, jak ten kraj jest bogaty w zabytki z różnych epok. Ciężko nam było stamtąd wyjść. Następnie ruszyliśmy do naszego hostelu Walker, który znajduje się tuż pod twierdzą Narikala, prowadzi ją bardzo miły pan imieniem Misza, a na wejściu gości wita polska flaga. Od razu poczuliśmy się jak w domu. Po chwilowym odpoczynku poszliśmy na pyszne chinkali – tradycyjne gruzińskie danie, przypominające nieco pierogi. Dzień zakończyliśmy długim spacerem po Tbilisi, które jest bardzo urokliwe. Stara architektura przemieszana jest z nowoczesnym stylem, miasto cały czas jest w rozbudowie. Niesamowity klimat tworzą wąskie uliczki starego miasta. Przeszliśmy też przez kilka parków, nie przepuszczając żadnej okazji do zabaw z aparatem. Najlepiej sprawdzały się przy tym porozrzucane po mieście rzeźby. Po tak pełnym wrażeń wieczorze ciężko nam było wspiąć się do naszego hotelu na stromej górze, ale daliśmy radę!

Category: Gruzja  Tags: ,  Leave a Comment

Ostatni dzień nurkowy/archeologia błotna

Poranek tradycyjnie zaczęliśmy gruzińskim śniadaniem, na które podano makaron, chleb i ser. Anika znalazła jeszcze warzywa z poprzedniej kolacji. Zaraz po śniadaniu dzielna grupa w składzie Magda, Weronika, Ania oraz prof. Licheli pojechali do Poti, aby przeprowadzić porządną prospekcję jeziora Paleostomi. Niełatwe to było zadanie, zważywszy na warunki tam panujące. …

Jezioro Paleostomi

Ponieważ do sprawdzenia były miejsca położone po drugiej stronie jeziora, niedostępne od strony lądu ze względu na bagna, profesor zdecydował się wypożyczyć dla nas łódkę z Parku Narodowego…za którą zapłacił 140 lari czyli 280zł!!!! Aluminiowa rybacka skorupka z silnikiem, obsługiwana była przez pana, który na nasz widok o mało co nie wypadł za burtę. Jak potem wyznał, spodziewał się ekipy gierojów, twardzieli, do głowy mu nie przyszło, że nurkować mogą kobiety.

Po dopłynięciu na drugi brzeg i odnalezieniu miejsc wskazanych przez profesora, Weronika i Magda wykonały pionierskie nurkowanie w rejonie ujścia rzeczki Pitschuri na imponującą głębokość ok.1,5 metra. Widoczność wynosiła minus 15 metrów, w każdym razie nie dało się dojrzeć własnego komputera. Dno pokryte było grubą warstwą mułu, z której sterczały korzenie zwalonych drzew. Artefaktów nie stwierdzono.

Następnie sprawdzony został brzeg po drugiej stronie od ujścia rzeki, z podobnym skutkiem.

Ania towarzyszyła nam dzielnie w sprzęcie abc.

Po zakończeniu nurkowań po tej stronie jeziora, wróciłyśmy w oglądane wczoraj miejsce gdzie tuż przy brzegu odnaleziono dużą ilość ceramiki. W tym rejonie sprawdziłyśmy jezioro na głębokości 2,5-1 metra.  Dno było piaszczyste, zalegały pnie powalonych drzew, widoczność była nieco lepsza, jednak ceramiki również nie udało się znaleźć.

Na koniec zostałyśmy zaproszone do przystani, w której pan z łodzi razem z bosmanem natychmiast nakryli stół i poczęstowali nas winem.

Druga grupa w składzie Jacek, Anika, Kasia i Łukasz pojechali w drugą stronę – do Batumi. Jacek załatwił nam nurkowanie na współczesnym wraku z gruzińskim właścicielem ekskluzywnego jacht clubu Davidem, który łasy sławy kręcił się trochę koło nas, dzięki czemu mógł udzielić wywiadu w telewizji. W porcie w samym centrum Batumi czekała na nas całkiem przyzwoita łódka, na którą zapakowaliśmy cały sprzęt. Po ok. godzinie płynięcia, podczas którego mogliśmy podziwiać panoramę wybrzeża Gruzji oraz co jakiś czas pojawiające się delfiny, dopłynęliśmy w okolice Gonio, do bojki, która powinna być przymocowana do wraku.

YouTube Preview Image

W pierwszej parze nurkowali Jacek i Anika, razem z Davidem. Niestety, okazało się, że bojka była przywiązana do zwykłej kotwicy, ale nie do wraku. Rozpoczęliśmy zatem poszukiwania obiektu za pomocą echosondy. Po ok. 15 minutach udało się go odnaleźć i zanurkować. Nie było to najlepsze nurkowanie w ich życiu, ale najciekawsze w Gruzji. Anika udzieliła też krótkiego wywiadu panu z telewizji. Druga para, Kasia i Łukasz, weszli do wody niedługo po wynurzeniu się Jacka i Aniki. Nasza łódka znajdowała się akurat nad wrakiem, wiec nie mieliśmy problemu z jego znalezieniem. Wrak znajduje się na15 metrach, jest już dość zniszczony przez liczne sztormy w tej okolicy. Sądząc po zachowanych schodkach i oknach od kajut, był to rodzaj małego, wycieczkowego statku. Niestety, widoczność była dość słaba, co widać na podwodnych zdjęciach. Po wynurzeniu od razu ruszyliśmy w powrotną drogę do portu w Batumi.

 

Po wyładowaniu sprzętu, David podwiózł nas na marszrutkę i wróciliśmy do Kobuleti. Wieczorem gospodarze przygotowali dla naszej ekipy oraz ekipy geofizycznej wspaniałą, gruzińską suprę, wypełnioną jedzeniem i toastami, która trwała do późnej nocy…

Ten fragment wpisu dodaje już w Polsce ponieważ obiecałem Davidowi, że zareklamuję jego bazę nurkową. Baza nurkowa brzmi w tym momencie bardzo na wyrost ale jest to jedyny znany mi  nurek Gruziński ( nie licząc zapoznanego na Uniwersytecie w Tibilisi studenta, który tylko co wrócił ze stypendium z Hiszpanii i zrobił tam kurs w PADI ). Federacje, przepisy, szkolenia nurkowe nie istnieją w Gruzji i w trakcie rozmowy z Davidem dowiedziałem się , że w Batumi na 122 tyś ludności jest 21 nurków. Poziom wyszkolenia jest ….. trzeba się cieszyć, że nie ma zajść śmiertelnych w tak wąskim gronie a David zaimponował mi pięknym biegiem po dnie morza, gdzie jeszcze nigdy nie widziałem nurka w sprzęcie uprawiającego jogging.  Podsumowując jest to jedyny człowiek jakiego znam w Batumi mogący pomóc w przygotowaniu nurkowania dlatego podaje jego nr tel  +995 599 14 91 77 a poniżej zdjęcie wizytówki.

Upalna niedziela

Wczorajszy dzień upłynął pod znakiem  wyjątkowego skwaru i duchoty, które dopełnił senny klimat odwiedzonego przez nas miasta. Po śniadaniu zapakowani do ulubionego czerwonego busa-gruchota zostaliśmy zabrani na stanowisko archeologiczne  nad jeziorem, czy właściwie zalewem Paleostomi.  Jezioro było kiedyś głęboką zatoką, z czasem łacha piasku naniesiona przez rzekę odizolowała zbiornik od morza. W poprzednich latach znaleziono tam ogromne ilości fragmentów naczyń ceramicznych, tylko podczas ręcznego przeszukiwania w wodzie po kolana. Najodważniejsza z nas Weronika weszła do wody w masce i rurce, by sprawdzić warunki do pracy. Sytuacja150 mw głąb zbiornika nie różniła się zbytnio od tej przy brzegu. Jezioro jest bardzo płytkie z widocznością na20 cm, woda jest brązowa i śmierdzi. Nie zniechęciło to jednak Magdy, która już po ok. 20 krokach na głębokości „do kolan” wyczuła stopą ceramikę. Okazało się, że akwen jest naprawdę bogaty w ceramikę z czasów rzymskich i Bizancjum. Interesująca może być weryfikacja obiektów, z których owa ceramika pochodzi. Szukając dalej rękami po dnie Magda wymacała jakiś dziwny duży przedmiot, Łukasz i Kasia przyszli jej pomóc go wyciągnąć. Obiekt w miarę wyciągania stawał się coraz większy i większy, cięższy i cięższy, aż w końcu oczom wszystkich ukazał się wielki pień drzewa. Niestety, nie jest to żaden zabytek. Stwierdziliśmy, że dalsze brodzenie w tej wodzie na ten moment nie ma sensu. Do sprawy trzeba podejść metodycznie.

Następny przystanek muzeum w Poti.

Poti to współczesna nazwa miasta położnego w miejscu Fasis – dawniej najważniejszej koloni greckiej  w tym rejonie Morza Czarnego. W czasie wojny z 2008 r. były to ostatnie rubieże Armii Rosyjskiej w tej części Gruzji. Muzeum przywitało nas błyszczącą złotą tablicą i ładną fasadą starej kamienicy. Niestety w środku czar prysł i od razu po przekroczeniu progu dopadł nas wszechogarniający lepki zapach  stęchlizny. Muzeum posiada bardzo ciekawy zbiór, ale sam budynek i ekspozycja jest bardzo zaniedbana. Aż serce się kraja, gdy patrzy się na odpadający tynk ze ścian i  stare rozwalone gabloty, z których 1/3 nie działa. Lekko przybici opuściliśmy muzeum i udaliśmy się na miejscowy targ na zakupy. Na bazarze można degustować i kupić wino „domasznej” roboty. Sprzedawcy oferują dwu lub pięciolitrowe baniaki białego, czerwonego i czarnego wina po 2 lub 3 lari za litr. Na środku targu jest hala, w której sprzedaje się głównie słony, biały ser, niepodobny do żadnego znanego w Polsce. W hali trzeba szybko załatwić swoje sprawy i uciekać, bo zapach skutecznie odstrasza wrażliwych.

Po zakupach wróciliśmy do bazy na kolację. Chętni przygód w składzie: Jacek, Kasia, Łukasz i Anika udaliśmy się pohulać do Batumi. Zdaje się, że miasto już wkrótce będzie błyszczącą, rozrywkową perełką regionu. Wieczorem wszystkie wyremontowane lub nowe budynki są kolorowo podświetlone. Na bulwarze z fontannami rozbrzmiewa muzyka. Młodzi ludzie przetaczają się tam w dużej ilości. Można również obejrzeć mecz na ogromnym ekranie przy placu z teatrem. Za nowoczesnymi bulwarami w pobliżu wybrzeża, rozciąga się stare miasto. Trzypiętrowe kamieniczki w rożnym stanie ozdabiają ulice położone względem siebie pod kątem prostym. O północy temperatura w centrum wynosiła 27 ‘C. Sezon nie zaczął się jeszcze na dobre, więc większość miejsc świeciła pustkami. Miasto szybko się rozwija i wyróżnia się znacznie na tle tego co do tej pory widzieliśmy.  Jednak wystarczy skręcić w boczną uliczkę, by znowu zobaczyć obdrapane relikty socrealizmu.

Po negocjacjach ceny z taksówkarzem, udaliśmy się do naszej bazy archeologicznej na nocleg. Ustalona kwota to 25 lari, lecz po dotarciu do celu nagle wzrosła do 30. Po uiszczeniu pierwotnej ceny udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.

Wardzia – Borjomi

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy śniadaniem w towarzystwie gospodarza i jego miłej żony. Okazało się że właściciel naszego gasthausu został opisany w książce M. Mellera „Gaumardżos” i teraz z dumą prezentował nam jej wyczytany egzemplarz oraz sztandar z wizerunkiem Stalina, który w roli gustownego obrusu spoczywał na jednym ze stołów. Po śniadaniu zostaliśmy poproszeni o wpis do księgi gości co z radością uczyniliśmy. Nasze ciepłe uczucia nieco zbladły w momencie gdy gospodarz kazał dopłacić sobie dodatkowo za wino do kolacji i za wywiezienie części ekipy swoim jeepem w stronę Wardzi. Ten transport tylko w jedną stronę był gratis. Jednym słowem nawet w tak przyjaznym kraju jakim jest Gruzja, mogą trafić się czarne owce – nie polecamy tego zajazdu.

Wardzia nocleg

Gruzja flaga Stalina

 

 

 

 

 

 

Po uregulowaniu wszystkich bardziej i mniej spodziewanych należności zawitaliśmy do bram Wardzi. Przywitał nas potworny upał i powalający z nóg widok. Jednym słowem Wardzia zrobiła na nas wrażenie!   Zaopatrzeni w przewodnika ruszyliśmy pod górę stromą ścieżką.

Wardzia ścieżka

Gruzja Wardzia

Opisać czym jest Wardzia w kilku słowach jest niemożliwością- ciekawi niech sprawdzą w Wikipedii. Wystarczy wspomnieć że na części naszej ekipy zrobiła większe wrażenie niż Petra.

A teraz kilka zdjęć dla zaostrzenia apetytu:

Gruzja-Wardzia-MonastyrWardzia GruzjaWardzia Monastyr

Dzwonnica Gruzja - WardziaGruzja skalne miasto

WardziaGruzja skalne miasto

 

Po kilku godzinach spędzonych w tym absolutnie wyjątkowym miejscu ruszyliśmy w kierunku Borjomi. Nie była to łatwa droga. Pobiliśmy nasz rekord w ilości osób upchanych do jednego busa, jednym przeciąg urywał głowę, inni ginęli z gorąca i braku powietrza. Wszystkich jednakowo wykańczała typowa w tych rejonach wysoka wilgotność, dodatkowo zbierało się na deszcz.

W Borjomi pożegnaliśmy Gosię i Wojtka którzy wrócili wcześniej do Polski i od tej pory pogrążyliśmy się w głębokiej depresji. Nieutuleni w żalu skierowaliśmy swe kroki do regionalnego muzeum. Jak zwykle okazało się ono tak niezwykle skromne, że niejedno muzeum narodowe mogłoby poszczycić się takimi zbiorami. Wśród naszej żałoby ledwie zauważyliśmy wyjątkowe brązy, porcelany Romanowów i inne zbiory.

Następnie podjechaliśmy do parku zdrojowego gdzie zażyliśmy najprawdziwszej wody Borjomi – nie dość że ciepła to jeszcze z siarkowodorem. Tylko najgłębsze odmęty rozpaczy mogły skłonić nas do tego poświęcenia! ;)

Potem w ciszy i skupieniu oraz w towarzystwie kawy i piwa wspominaliśmy naszych kolegów którzy postanowili opuścić nas tak nagle.

Podróż powrotna z Borjomi zniszczyła nas tak dokładnie że dopiero dzisiaj piszemy tą relację.

 

A oto relacja innego uczestnika naszej wyprawy do Wardzi:

prof. Przemysław Urbańczyk

Sobota 23 czerwca – Tmogvi/Wardzia

Dzień zaczął się nie najlepiej, bo już o 6 rano przyroda postanowiła radośnie i rozgłośnie powitać powrót słońca. Zasłużony sen strudzonego wędrowca przerwała kakofonia głosów ptasich z niewielkim dodatkiem psa i krowy. Zbudziły też i naszego gospodarza – Chytrego Sergo, który otworzył oborę i krowy majestatycznym konduktem udały się na poranną przechadzkę po górach. Tam nie groziło im oglądanie kurhanów, kamiennych miast ani muzeów, czego nam bynajmniej nie oszczędzono.

Na śniadanie: chaczapuri, kasza gryczana ze zsiadłym mlekiem i niedojrzałe orzechy włoskie zanurzone w syropie koloru smoły. Znów kromka chleba rzucona pokątnie łańcuchowemu psu z poobcinanymi uszami. Jeszcze próba rozegrania partii bilarda na przedpotopowym stole i ruszyliśmy powoli – z naciskiem na to ostatnie słowo. Już bowiem pod pierwszą górką kierowca wyprosił nas z samochodu i kazał wejść na nią piechotą. Na szczęście w dalszej drodze przez wertepy nie wypadliśmy z drogi a i wiszący most z czasów stalinowskich też się nie zawalił.

YouTube Preview Image

Główną atrakcja dnia miał być średniowieczny klasztor, który okazał się zwykłą skałą zrytą jak ser szwajcarski przez znudzonych odosobnieniem mnichów. Cerkiew brudna, tunele za niskie a schody za śliskie. Napotkany mnich chyba nigdy jeszcze nie widział aparatu fotograficznego, bo na jego widok pospiesznie się oddalił. Szukanie drogi w labiryncie pieczar i korytarzy zajęło nam ponad godzinę, ale udało nam się wyjść z tej pułapki na turystów, których, jeśli się zgubią, pewnie lokalna ludność więzi i zmusza do picia nadwyżek wina. Nam udało się wykpić zjedzeniem zimnego jogurtu.

Po klasztorze męskim miała być wizyta w konwencie żeńskim. Niestety młode mniszki się schowały, a do nas wysłały staruchę-klucznicę, która otworzyła nam kościół. I znowu rozczarowanie, bo kościół wcale nie był nowy, jak można by sądzić z wyglądu zewnętrznego. Środek miał niemal tysiąc lat. Jak i w innych takich obiektach, było ciemno i tylko świeczki (oszczędzają prąd!) oświetlały wiszące na ścianach kolorowe obrazki pań i panów, którzy pewnie już dawno nie żyją.

Przetrwaliśmy i to i ruszyliśmy w drogę naszym rozklekotanym minibusem. Ścisk i upał niemiłosierny, a jeszcze dookoła niewiele było widać, bo jechaliśmy przez góry. Na niektórych wzgórzach jacyś ludzie ułożyli kamienie, tworząc z nich mury i wieże – dużo brzydsze od zamków stojących w wesołym miasteczku pod Batumi.

Jakoś udało się dojechać do Borżomi, które okazało się kurortem w stanie upadku. Niestety, zostaliśmy zwabieni do lokalnego muzeum, pełnego starych kamieni, wypchanych zwierząt i porcelanowych resztek z carskiego stołu. W parku zdrojowym kazano nam chłeptać ciepłą i mocno śmierdzącą wodę, którą inni ludzie nabierali do butelek – pewnie, żeby ją spokojnie w domu przegotować.

Znów w drogę z kierowcą, który cały czas gadał (głównie do siebie), co jakiś czas puszczając kierownicę w celu podkreślenia jakiegoś gruzińskiego słowa. Kilkakroć cudem uniknęliśmy śmierci, kiedy, albo nasz kierowca wyprzedzał tira na zakręcie, albo, kiedy jadący „na trzeciego” kierowca mijał nas na grubość lakieru.

YouTube Preview Image

Minęliśmy nie wysiadając główną atrakcję Adżarii, czyli piękne wesołe miasteczko, pełne karuzeli, diabelskich młynów, kolejek górskich i innych obiektów pożądania prawdziwego turysty.

Do hotelu dotarliśmy ok. 23:00, szczęśliwi, że ten okropny dzień wreszcie się skończył.

 

Na siódmy dzień ekspedycji

Na siódmy dzień ekspedycji (dla piszących dzisiejszą relację – Kasię K i Kciuka – dzień drugi) zaplanowaliśmy wycieczkę do Wardzi – sklanego miasta, położonego w Małym Kaukazie, niedaleko granicy z Turcją. Umówieni na 8.30, nie zdziwiliśmy się bardzo, że ostatecznie wyjazd nastąpił po 12. Wcześniej dzielna grupa (Wojtek, Gosia i Weronika) pojechała naładować butle na kolejne nurkowania, a gospodarze ugościli nas śniadaniem. W samo południe przyjechał bus z Gonio, z prof. Urbańczykiem z żoną na pokładzie. Podzieleni na dwa samochody, wyruszyliśmy w podróż. Sieć dróg w Gruzji nie należy do najbardziej rozwiniętych, ale z pewnością do najbardziej malowniczych. Nic dziwnego, że podróż zajęła nam aż siedem godzin, ale przepiękne widoki zrekompensowały  ten trud.

Zatrzymawszy się przy jednym z licznych tutaj zamków, spotkaliśmy dwóch Belgów na rowerach, którzy wystartowali na początku maja z Budapesztu i zmierzają do Chin. Losy ich wyprawy można śledzić na blogu cyclingfurther.com.

00002belgowie

Ok. 19 przyjechaliśmy do wioski Tmigvi, gdzie nasz gospodarz, prof. Licheli, prowadzi wykopaliska na górach, otaczających wieś. W drodze na stanowisko towarzyszyły nam liczne krowy i cielaki, których pełno przy (a czasem na) gruzińskich drogach. Po ok. 15 minutach doszliśmy do nekropoli z II tysiąclecia p.n.e.

00005lich

00004kurch

00008

Prof. Licheli wyjaśnił nam, że grobowce były najpierw wykopywane w ziemi, a następnie okładane wewnątrz blokami kamiennymi. Do wyposażenia grobowego należały m. in. różnego rodzaju brązy i ceramika. Zasięg nekropoli jest ”nieumiarkowanie rozrzutny” (Urbańczyk: 2012, godz. 23:40), z powodu zachodzącego słońca nie zdołaliśmy zobaczyć wszystkiego. Pozostaje nam tylko pozazdrościć niesamowitego miejsca pracy gruzińskich archeologów. Zmęczeni po podróży i bardzo głodni zajechaliśmy do gościńca po drugiej stronie rzeki. Posileni solidną kolacją, za chwilę idziemy podziwiać rozgwieżdżone niebo Małego Kaukazu.

podwodne poszukiwania i tradycje rodzinne

To już szósty dzień na gruzińskiej ziemi. Chyba powoli udaje nam się przywyknąć do miejscowych obyczajów. Coś sobie zaplanowaliśmy…ale  chyba tylko my:)) na pewno nie nasi organizatorzy:)). Plan był taki, że bardzo wcześnie rano ładujemy butle i o 9.00 jedziemy na nurkowania. Tymczasem…poprzedniego dnia, póznym wieczorem odwiedził nas profesor Urbańczyk z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN i oczywiście jak zawsze zgodnie z gruzińską gościnnością toastom nie było końca:). Skutkiem tego następnego dnia butle przyjechały nabite już o 11.00.

kolejny dzień nurkowy…udało nam się od miejscowych rybaków załatwić łódkę wiosłową. Troszkę ułatwiło to nam nurkowania. Transportowaliśmy każdy zespół nurkowy bezpośrednio pod twierdzę, żeby rozpoznać dalszą część terenu. Niestety widoczność w dalszym ciągu nie poprawiła się. Spróbowaliśmy gruzińskiego jachtingu opłynęliśmy całą twierdzę i…niestety nic nie znalezliśmy.

Oprócz skałek, kamieni, krabów, omułków i ryb … Ceramiki, amfor, kotwic, wraków…niestety nie było.

Możemy uznać, że zadanie zostało wykonane. Jedynym możliwym sposobem namierzenia  zabytków byłoby poszukanie z  łódki ze sprzętem hydroakustycznym, wykrywaczami itd…. Czym niestety tu nie dysponujemy.

Wracając zatrzymaliśmy się na bazarze w Kobuleti…jeszcze nie tak dawno można było podobne odwiedzać w Polsce, jednym słowem mydło i powidło…

Wieczorem mieliśmy okazję zapoznać się z lokalną tradycją tzw. SUPRY. Nasi gospodarze świętowali 9-te urodziny wnuczki Elizabety. Rozpoczęliśmy naszym tradycyjnym 100 lat, wręczyliśmy prezenty i zaproszeni zostaliśmy do suto zastawionego stołu.

Zaczęły się toasty…mistrzem ceremonii był prof. Licheli. Tradycyjnie rozpoczął toastem do małej Eizabiety. Nie był to jednak zwykły toast. Tym razem trzeba było wypić dużą czarkę wina (ok. pół litra) jednym tchem do samego dna….i tak wszyscy po kolei…goście, póniej rodzice i dziadkowie…póniej zacżeły sie toasty dla rodziców i dla dziadków…i na końcu oczywiście za owocną współpracę…

Były również pieśni gruzińskie, my też próbowaliśmy zabłysnąć sokołami …ale jednak nie jesteśmy wybitnie rozśpiewanym narodem… berło w tej dziedzinie dzierżą bezdyskusyjnie Gruzini.

Nurkowania rozpoczęte!

Upalne słońce przywitało nas już wcześnie rano. Po śniadaniu rozpoczęliśmy przygotowania do nurkowań. Jednakowoż nasze tempo pracy dopasowało się do tutejszego rytmu życia, w związku z czym już około południa pierwsza para (Weronika i Wojtek) była gotowa do wejścia do wody.

 

 

 

 

 

Było to problematycznym przedsięwzięciem, ponieważ docelowe miejsce eksploracji jest znacznie oddalone od jedynego, dostępnego zejścia do morza. Nasi pionierzy pokonali w pocie czoła po powierzchni pareset metrów, dopływając na wysokość starożytnego fortu Petra, gdzie w końcu dali nura.

Gruzja Weronika nurek

Natychmiast  po wyjściu z wody Wojtek miał okazję udzielić wywiadu dla towarzyszącej nam dziś telewizji.

Nurkowanie w Gruzji

Następnie zanurkowali Gosia z Jackiem, a zaraz po nich Magda z Aniką. Z relacji wszystkich nurków wynika, że przejrzystość wody jest znikoma (1m), póki co nie natrafiliśmy na żadne zabytki.  Mimo lejącego się żaru z nieba wszystkie nurkowania dzielnie obserwowała chronometrażystka – Ania. Opaleni na czerwono wróciliśmy do bazy. Mimo dzisiejszego braku sukcesów nie tracimy nadziei i jesteśmy dobrej myśli. Gaumardżos !!!!:)

Plaża w GruzjiArcheologia Gruzja